niedziela, 23 lutego 2014

ROZDZIAŁ 2

Młodsza siostra Katniss Everdeen została  wybrana na walkę o śmierć i życie. Małe, niczego sobie winne dziecko, zostaje skazane na pewną śmierć. Odwracam się w stronę mojego ojca. Widzę jego łzy i jak swoje paznokcie wtapia w swoje chude ciało. Doskonale wiem, ile dla niego znaczy. Jak bardzo ją kocha, pomimo że nie jest jego dzieckiem. Wiele razy opowiadał mi o jej rodzinie. Opowiadał mi o swojej pierwszej miłości, jaką była jej matka. Pochodziła z bogatej rodziny. "Zawsze wyróżniała się z pośród wszystkich dziewczyn. Wyglądała tak samo jak Prim teraz" -mówił. "Chyba jako jedyna posiadała blond włosy i te niewinne niebieskie oczy w naszym dystrykcie." Jednak ona wybrała innego. Podobno kiedy śpiewał, wszystkie ptaki uważnie go słuchały i odpowiadały mu równie melodyjnym głosem. "Nic dziwnego.. sam bym go wybrał. Co taka dziewczyna może widzieć w zwykłym piekarzu?" -pytał mnie. Byłem taki podobny do ojca. Nie tylko pod względem wyglądu, ale także charakteru. Kochałem Katniss, lecz ona chyba woli kogoś innego. Podobno historia lubi się powtarzać...

Widzę jak Prim podchodzi do sceny, jak jest blada. Poprawia kawałek bluzki, która wysunęła jej się z spódnicy.
-Prim!-krzyczy jej starsza siostra. Biegnie w jej stronę i mocno ją przytula-zgłaszam się na ochotnika!- krzyczy- Chcę być trybutem!
Nie mogę uwierzyć. Czy wie, że zgłasza się na pewną śmierć? Siostra zgłasza się za drugą, by ją chronić. Mój brat nigdy by tego nie zrobił.
Przyłapuję się jak z niedowierzaniem rozchylam usta. Momentalnie zamykam je i przyglądam się wydarzeniom jakie właśnie się dzieją.
Effie Trinket wyraźnie usatysfakcjonowana podchodzi do mikrofonu.
-Wyśmienicie! Pozostaje tylko jeden drobiazg ... Trzeba najpierw przedstawić zwycięzcę dożynek, a dopiero potem zapytać o ochotników. Jeśli ktoś się zgłosi, wówczas my ...
-Jakie to ma znaczenie?-burmistrz zwraca się do kapitolki. W jego głosie słyszę pogardę- Niech podejdzie.
-Nie, Katniss! Nie! Nie możesz odejść!-słyszę wrzask Prim. Przytula siostrę.
-Prim, puść mnie-odpowiada cichym, lecz drżącym głosem.-Puść!
Na środek placu wchodzi Gale i łapie Prim za biodra. Ta wyraźnie niezadowolona wyrywa się z jego objęć.
-Idź, Kotna.- Mówi do Katniss i zabiera dziecko do mamy.
-Proszę, proszę, brawo!-cieszy się nasza mentorka-jak się nazywasz?
-Katniss Everdeen- odpowiada, a jej oczy błądzą w kierunku jej siostry.
-Idę o zakład, że wylosowałam twoją siostrę. Nie chcesz, aby całą chwałę zgarnęła dla siebie, co? Nagrodźmy wszyscy gromkimi brawami naszego nowego trybuta !- piszczy kapitolka
 Żaden z nas obecnych nie zamierza spełnić zachcianki pani Trinket. Zamiast tego, przykładamy  palec wskazujący, środkowy i serdeczny lewej ręki do ust i wyciągamy w stronę sceny. Tym gestem okazujemy podziw. Katniss wyraźnie zmieszana. nie wie co zrobić. Haymitch chwiejnym krokiem podchodzi do niej i ją obejmuje.
-Patrzcie państwo! Tylko patrzcie! Ona mi się podoba! Ma mnóstwo ... hartu ducha! Więcej od was-krzyczy z pogardą w stronę kamery.
Nie wierzę! Haymitch prowokuje Kapitol! Nie ujdzie mu to na sucho- myślę. Strażnicy pokoju wynoszą go za scenę a Effie Trinket podchodzi do mównicy.
-Dzień pełen emocji! -piszczy do mikrofonu- za chwilę znowu mocne wrażenia! Pora wybrać trybuta spośród chłopców.
Odruchowo ręce zacisnąłem w pięść i chowam je za plecy. Tym razem Effie chwyta pierwszy lepszy kawałek papieru i wraca na mównicę.
-Peeta Mellark!
Tyle razy śniła mi się ta sytuacja, lecz sen zawsze urywał się kiedy kapitolka wymawiała moje nazwisko. Mocno zaciskam powieki i szczypię się w rękę, najmocniej jak potrafię. Kiedy otwieram oczy łzy samoczynnie ulatują z oczu. Zdaję sobie sprawę że to nie moje wyobrażenia, a rzeczywistość.
Wchodzę na scenę z brakiem nadziei że ktoś zgłosi się za mnie. "Muszę pogodzić się ze śmiercią" -myślę.
Zajmuję miejsce obok kapitolki i czekam na pytania.
-Oh... jaki przystojniak z Ciebie- odwraca wzrok ode mnie- czy jest ktoś kto chciałby zgłosić się na ochotnika za tego miłego młodzieńca?- pyta publiczność.
Odpowiedzią jest głucha cisza. Patrzę na mojego brata. Nawet nie ma za grosz odwagi na mnie spojrzeć. Typowe.
Zajmuję miejsce obok trybutki. Jedne jej spojrzenie sprawia że doskonale przypominam sobie nasze spotkanie.
Było to jakieś pięć lat temu. Miałem wtedy jedenaście lat. Pewnego wiosennego dnia udałem się do piekarni aby pomóc moim rodzicom w pracy. Właśnie  wyciągałem chleb z pieca, kiedy usłyszałem krzyk mojej mamy.
-Czego tu chcesz?! Wynoś się stąd!
Pobiegłem na tył piekarni i zobaczyłem
sprawcę tego zdarzenia. Katniss ledwo żywa zamykała kubeł z śmieciami pokrywą i cofnęła się o parę kroków. Zrobiło mi się jej żal. Była po prostu głodna, jak większość w tym dystrykcie. Nie chciałem żeby umarła. Nie chciałem, aby dziewczynka która niegdyś słodko śpiewała piosenkę w pierwszej klasie umarła. Wróciłem do piekarni i świadomy konsekwencji wrzuciłem dwa bochenki chleba do pieca. Wyjąłem spalony chleb i położyłem na mały stolik. Spojrzałem na matkę.
-Czyś ty już do reszty zwariował? Nie wierzę, że urodziłam takie głupie dziecko!- te słowa zabolały bardziej niż jej uderzenie wymierzone w mój policzek-jesteś takim idiotą !-ciągnęła -na co się patrzysz?! Idź, daj ten chleb świniom, przecież teraz nikt go nie kupi!

Szybko zabrałem lewą ręką bochenki, a prawą przyłożyłem do mojego policzka. Poczułem palący ból na twarzy a głowa niemiłosiernie dawała znać o swoim istnieniu. Wyszedłem z piekarni i pognałem za zagrodę z świniami. Wystraszona dziewczyna nie wiedziała co zrobić.
-Rzuć to świni ty durna istoto!- krzyczała moja mama- zmarnowany chleb, nikt przy zdrowych zmysłach go nie kupi !
Popatrzyła jeszcze przez chwilę na mnie, lecz po chwili znikła, bo dobiegający z piekarni sygnał symbolizował przybywającego klienta.
Nie miałem odwagi na nią popatrzeć. Jeszcze raz spojrzałem w kierunku budynku i rzuciłem dwa bochenki w jej stronę. Od razu pobiegłem do pomieszczenia zamykając za sobą drzwi.

Momentalnie oderwałem się od wspomnień, a moja prawa ręka powędrowała ku mojemu policzku. Burmistrz skończył swoje przemówienie i dał nam znak abyśmy uścisnęli sobie dłonie. Spojrzałem jej głęboko w oczy i złapałem ją pewnie za rękę.
Jej dłoń była ciepła co wywołało u mnie nerwowy skurcz.
Odwracamy się do publiczności i słuchamy hymnu Panem, który wypływa z głośników.
Rozmyślam o igrzyskach. Mam nadzieję, że na arenie nie trafi mnie strzała wypuszczona z jej dłoni.

sobota, 22 lutego 2014

ROZDZIAŁ 1

Próbuję przezwyciężyć ochotę pozostania w łóżku. Dziś, jeden z nielicznych dni wolnych od pracy. Niestety w zawodzie piekarza nie ma chwili wytchnienia. Ciepło płynące z wnętrza kołdry wypełnionej silikonem zwycięża. Zamykam oczy i odpływam. Ledwo zdążę się opamiętać, a mniejsza wskazówka zegara zbliża się do cyferki z numerem 5. 4:45, cudownie- myślę. Szybko wyskakuję z łóżka i ubieram ubranie robocze. W piekarni miałem być godzinę temu. Konsekwencje będą nieuniknione. Tak! Oto ja, Peeta Mellark, głodzony przez Kapitol i bity przez własną matkę! "Ogarnij się" - myślę. "To nie w twoim stylu. To wszystko przez dzisiejszy dzień.Tak, każdy tak ma"- próbuję usprawiedliwić swoje zachowanie.
Kiedy docieram do piekarni od razu słyszę kroki matki.
- Tym razem Ci odpuszczę - jej słowa, jak zwykle surowe, wypowiadane zawsze tym samym chłodnym głosem.-nie dzisiaj.- dodaje i ucieka do stanowiska wyrabiania kruchego ciasta. Podchodzę do jednego z naszych piecy. Pogrążony pracą rozmyślam co przyniesie dzisiejszy dzień oraz o odmiennym zachowaniu matki.
"Jej zachowanie jest w pełni wytłumaczalne" -myślę. Dziś dożynki. Są nieodłącznym elementem głodowych igrzysk. Sprawa tej "imprezy" jest prosta. Każdy z dwunastu dystryktów ma obowiązek dostarczyć daninę w postaci dwojga uczestników, chłopaka i dziewczyny. Zostają wylosowani w dniu dożynek, czyli dzisiaj dokładnie o godzinie 14:00. Osoby te stają się trybutami, trafiają na arenę gdzie walczą o swoje życie. 23 osoby podczas pobytu na arenie umierają, jedna uchodzi z życiem.
Dlaczego powstały głodowe igrzyska? Ponad wiek temu te państwo nazywało się inaczej. W Ameryce Północnej wystąpiło wiele katastrof takie jak: susze, pożary i wiele innych strasznych rzeczy. Każdy walczył o przetrwanie. Wiele osób biło się o resztki jedzenia. W wyniku tego powstało państwo w którym żyjemy. Radość ludzi z powodu dobrobytu nie miała końca. Lecz państwo te było zachłanne i podczas Mrocznych Dni utworzyło trzynaście dystryktów. Ostatni, nie zgodził się na to, co skończyło się dla nich brutalnie. Zdetonowali cały dystrykt. Reszta mieszkańców w Panem z obawy przed podobnymi czynami Kapitolu zgodziła się. Władze państwa nie mogły pozwolić na podobne czyny, dlatego utworzyli więc Traktat o zdradzie. Kapitol utworzył umowę z dystryktami. On, da im spokój oraz nowe prawa, ale w zamian dla przypomnienia, że mroczne dni nigdy nie mogą się powtórzyć, co rok będą organizować Igrzyska.
Okrutne, ale nikt ani nic tego nie zmieni. Kapitol jest niezniszczalny i każdy o tym wie.
-Jak się czujesz? -z rozmyśleń wyrywa mnie mój ojciec.
-Tak jak każdy dzisiaj. Mam złe przeczucie że trafi na kogoś kogo kocham-wyznaję

-Nie mów tak! Wszystko będzie dobrze. -przytula mnie i całuje w czoło.- a teraz zmykaj do domu na śniadanie. Dokończę pracę za ciebie
-Ale mama ...- próbuję mu przypomnieć o poprzedniej sytuacji wyręczenia mnie z pracy.
- Dzisiaj nawet ona to zrozumie. Peeta.- zmienia ton głosu na niższy.- Spróbuj ją zrozumieć. To był dla niej ciężki okres. Dwa miesiące temu zmarła jej matka... a wiesz, ile dla niej znaczyła. Obiecuję Ci, że z nią porozmawiam.
-Rozumiem, dzięki tato
-Masz, trzymaj bułki, dopiero co wyciągnąłem z pieca.
Dla piekarza nie powinno być to nowością. Wiele ludzi sądzi, że nie doskwiera nam głód. Nie wiele osób jednak wie, że nie możemy jeść tego co produkujemy w piekarni. Dostajemy je dopiero w ostatnim dniu daty spożycia. A to, nie dobrze wpływa na nasz żołądek.
Około godziny 10:00 wychodzę z piekarni. Zawracam, jednak bo z naprzeciwka pojawiają się dwie znane mi sylwetki. Katniss Everdeen oraz Gale Hawthorne, j
ej towarzysz w polowaniach. Wskakuję na jedną z skrzynek i podpatruję ich przez małe okienko w drzwiach. W ręku trzymają tuzin ryb, torbę (chyba z zieleniną) oraz poziomki. Znowu tam byli - myślę. Wiele razy rozmyślałem już na temat przekroczenia dwunastego dystryktu. Zawsze jednak, kiedy dochodziłem do polany ogarniał mnie paniczny strach i biegiem wracałem do domu. Ona robi to regularnie. Nie boi się, chyba niczego.
Kiedy znikli z mojego pola widzenia, wychodzę z piekarni i biegiem wracam do domu. Pośpiesznie jem śniadanie ( co było trudne, bo każdy kęs powodował, że tkwił mi w gardle), myję się i przebieram w odświętne ubranie. Dlaczego akurat takie? To kolejny warunek Kapitolu. Mamy traktować Igrzyska tak samo jak np. święta. Żałosne.
Punktualnie o pierwszej wyruszamy na rynek pałacu sprawiedliwości. Ja, z moim młodszym bratem idziemy podpisać się na liście obecności. Pozostali członkowie mojej rodziny podchodzą do wytyczonego dla nich sektora. Jako że mam 16 lat stoję w samym środku gromady chłopaków w wieku od 12 do 18 roku życia. Rozpoznaję twarze moich znajomych. Niezauważalnie kiwam im głową na powitanie, po czym mój wzrok kieruję na wypastowane buty. Tuż przed godziną 14:00 plac jest już zapełniony.
W końcu postanawiam popatrzeć na wybudowaną wczoraj scenę.

Stoją tam trzy fotele, mównica oraz dwie szklane kule (rzecz jasne w jednej z niej znajduje się pięć kartek z moim nazwiskiem). W pierwszym fotelu zasiada burmistrz naszego dystryktu, w drugim Effie Trinket, opiekunka trybutów. Typowa kapitolka. W tym roku ma różowe włosy oraz zielony kostium. W trzecim fotelu powinien zasiąść nasz mentor, Haymitch. Z pewnością teraz pije i śpiewa serenady na swoją cześć. Na mównicę wkracza burmistrz. Opowiada o dziejach naszego państwa. Nie mogę tego słuchać. Aby czymś się zająć nerwowo zaczynam kopać w mały kamyk, który leży obok mojej prawej stopy, do momentu gdy huk opadającego ciała na ziemię przeszywa moje ciało. To Haymitch Abernathy. Z trudem wstaje i opada na fotel wypełniony aksamitem.

Kiedy słyszę niemrawe oklaski swój wzrok kieruję ku kapitolki i uważnie śledzę każdy jej krok. Effie powędrowała na środek mównicy wymawiając swoje sławne: " Wesołych Głodowych Igrzysk! Niech los zawsze wam sprzyja!" Wzdycham ciężko i spoglądam na moją rodzinę. Ojciec, jak zawsze zamartwia się nami. Mama nawet nie miała odwagi spojrzeć na scenę, a co dopiero na nas. Ponownie patrzę na scenę. Kapitolka podążała już do jednej z szklanych
kul. Rzuciła tylko "Damy mają pierwszeństwo" i od razu zatopiła rękę w stos karteczek łapiąc jedną z samego dołu. Wszyscy zgodnie wstrzymujemy oddech i czekamy na wyrok. Na te słowa jednak nie byłem przygotowany.
- Primrose Everdeen