Opadam na fotel obity aksamitem. Ręce samoczynnie przykładam do twarzy. Chce mi się krzyczeć. Chcę, aby cały dystrykt wiedział jak bardzo cierpimy. Nie wiem co zrobi Katniss, ale ja nie będę kolejną ofiarą Kapitolu. To, że wylosowali mnie na rzeź, nie oznacza że będę w niej uczestniczyć.
Do luksusowego pomieszczenia wchodzą moi rodzice.
Strażnik pokoju informuje nas o trzech minutach widzenia. Omijam matkę i przytulam ojca. Wiem, że to ona trzymała mnie pod sercem dziewięć miesięcy, ale nie mam ochoty przypominać sobie sytuacje, kiedy mnie oczerniała czy biła. Nie radziła sobie z sytuacją jaka dzieje się w dystrykcie. Swoje emocje rozładowywała na mnie.
Strażnik pokoju informuje nas o trzech minutach widzenia. Omijam matkę i przytulam ojca. Wiem, że to ona trzymała mnie pod sercem dziewięć miesięcy, ale nie mam ochoty przypominać sobie sytuacje, kiedy mnie oczerniała czy biła. Nie radziła sobie z sytuacją jaka dzieje się w dystrykcie. Swoje emocje rozładowywała na mnie.
-Tato, tak bardzo Cię kocham. Chcę abyś wiedział to przed tym co zobaczycie - przed ich wejściem układałem pożegnalną przemowę. Wszystkie słowa uleciały wraz z otwierającymi się drzwiami.
-Będzie dobrze, pamiętaj że Cię kocham-uwalnia mnie z uścisku i wkłada rękę do spodni- masz- wyjmuje białą paczuszkę z ciastkami- to na drogę.
-Dziękuję tato - kątem oka spoglądam na matkę. Stoi oparta o parapet i bacznie nam się przygląda.
-Pamiętaj. Cokolwiek się stanie - zawiesił głos - cokolwiek się stanie, zawszę będę z ciebie dumny - jeszcze raz mocno go przytuliłem -A teraz muszę iść do Katniss poinformować ją że zajmę się Prim. Do zobaczenia Peeta - całuje mnie w czoło i znika za drewnianymi drzwiami.
Obróciłem się i spoglądam prosto w oczy matki. O dziwo zrobiła to samo.
- A mnie? -pyta matka
- A mnie co?
- Czy mnie też kochasz? - spytała obojętnie
- Kiedyś tak- na chwilę zawieszam głos- teraz już nie wiem- mówię po czym gryzę się w język. Matka poczerwieniała na twarzy wyraźnie zdenerwowana.
- Jak można tak mówić matce w ostatni dzień spotkania z swoim dzieckiem? -krzyczy- poświęciłam Ci całe swoje życie a ty tak się odwdzięczasz?
-Gdybyś inaczej się zachowywała...- próbuję jej wyjaśnić moje zachowanie
-Zresztą co to za różnica? I tak jest silniejsza. Przeżyje, poradzi sobie. To urodzona zwyciężczyni- mamrocze pod nosem
-Co ty wygadujesz?
- Mam na myśli że dwunastka ma szansę wygrać.-w tym samym momencie wchodzi strażnik pokoju i zabiera mamę z pokoju.
-Nie mam żadnych szans! Rozumiesz?! - krzyczę
- Miałam na myśli że ... - jej głos urywa się na skutek zamkniętych drzwi. Co miała na myśli? Kto sobie poradzi? Doskonale wie, że jestem słaby. Za słaby na nich. Z biegiem czasu znaczenie jej słów dochodzi do mnie. Nie chodzi o mnie, tylko o nią ... Odpędzam od siebie te myśli i falę łez wypływających z moich oczu.
Następnie przychodzą moi znajomi. Siadają na kanapie i milczą przez jakiś czas.
-Zbierzemy pieniądze. Nie damy Ci umrzeć - mówi Ed
-Właśnie- przytakuje John
-Nie jesteście w stanie nazbierać tyle pieniędzy- odpowiadam ponuro- zresztą i co mi to da? I tak umrę. Jak nie z ręki zawodowców to ... - urywam.
-Nie mów tak. My w ciebie wierzymy. Rozumiesz? Nie uznajemy innej opcji jak twój powrót do domu.
-Chyba musicie już iść. - nie chcę słuchać tych bredni.
-Trzymaj się -odpowiadają zgodnie, klepią w ramię i odchodzą.
Kiedy strażnicy wchodzą do pokoju łzy lecą już strumieniami. Wprowadzają nas do samochodu. Jechałem już kiedyś takim, no może większym. Zeszłego lata Kapitol odbierał on nas wielkie zamówienie.
Mam w nosie jak wyglądam. Niech wszyscy zobaczą, że igrzyska to nie zabawa, a cierpienie. Stoimy przed wejściem dobre kilka minut, bo dziennikarze muszą się na nas napatrzeć. Spoglądam na moją towarzyszkę. Ale ze mnie dziecko. Płaczę, podczas gdy Katniss patrzy na nich z kamiennym wyrazem twarzy. Ocieram łzy o koszulę i wchodzę do pociągu.
Ściany w kolorze błękitnego nieba i meble obite satyną przyciągają moją uwagę. Effie Trinket informuje mnie o kolacji . Wchodzę do swojego przedziału. Po drodze spotykam naszego mentora.
Ściany w kolorze błękitnego nieba i meble obite satyną przyciągają moją uwagę. Effie Trinket informuje mnie o kolacji . Wchodzę do swojego przedziału. Po drodze spotykam naszego mentora.
-ehhh... - widocznie się zatoczył - Idę spać- oznajmił - powiedz naszej "ślicznotce" że mnie nie będzie.
-okej- odpowiadam niepewnie i znikam do swojego przedziału. Rzucam się na łóżko i wsłuchuję w dźwięk tykającej wskazówki zegara. Dzisiejszy dzień mogę uznać za najgorszy w życiu. Dożynki, Katniss, Mama, Effie. To wszystko wywołuje u mnie krzyk, który nie jestem w stanie wydusić ze swojego gardła.
Piętnaście minut przed wyznaczonym przez Effie czasie przychodzę do jadalni. Spoglądam na suto zastawiony stół. Chciałbym dowiedzieć się więcej o technice wypiekanych tu ciast. Po kwadransie przychodzi kapitolka z Katniss.
-Gdzie się podziewa Haymitch? -pyta
-Kiedy go ostatnio widziałem, wspominał, że idzie uciąć sobie drzemkę - rzucam tylko i smaruję chleb dżemem.
- Miał ciężki dzień- wzdycha i siada naprzeciwko mnie
Podczas obszernej kolacji Effie komentuje nasz sposób jedzenia.
- Przynajmniej umiecie się zachować przy stole, w ubiegłym roku trafiła mi się para, która jadła wszystko rękami, jak dziwacy. Ich widok przyprawił mnie o niestrawność.
Kiwam tylko głową, bo czuję że zaraz zwymiotuję. Nadmiar jedzenia źle robi na mój żołądek. Spoglądam na Katniss. Ta również już zielonkawa chwyta kawałek kurczaka do ręki, a brudne od tłuszczu ręce wyciera o obrus. Widzę jak Effie mocno zaciska usta.
Po kolacji przechodzimy do przedziału z wielkim telewizorem. Oglądamy losowania nie tylko z naszego dystryktu.
To pierwsza okazja aby poznać naszych rywali. Marvel, Glimmer, Cato i Clove to trybuci z pierwszego i drugiego dystryktu. Później cała chmara płaczących dzieci. "Przynajmniej nie jestem sam" - myślę. Przed nami był Tresh i Rue - trybuci z jedenastki. Na koniec my. Zamykam powieki. Nie chcę ponownie przeżywać tamtych zdarzeń. Otwieram oczy dopiero kiedy słyszę krótką uwagę kapitolki.
- Wasz mentor musi się sporo nauczyć o sztuce prezentacji. Nie ma pojęcia o zachowaniu przed kamerami - parska z pogardą
-Był pijany. Upija się co roku.
-Codziennie - dodaje dziewczyna na co z uśmiechem przyznaję jej rację.
-Ciekawe - odzywa się Effie -czy to nie dziwne, że tak dobrze się bawicie? Wiadomo, że podczas igrzysk mentor będzie pomostem między wami a światem. On posłuży wam radą, dotrze do sponsorów, zadecyduje o wręczaniu prezentów. Haymitch zapewne przesądzi o waszym życiu lub śmierci!- oburzona zamyka się, bo nasz mentor właśnie wszedł do przedziału.
-Przegapiłem kolację?- pyta po czym wymiotuje na dywan.
-Teraz się pośmiejcie - dodaje Effie i ucieka do innego przedziału.







Jak dotąd najlepszy rozdział :) Wspaniale opisane emocje Peety...piszesz jak Collins-lekko, płynnie przechodzisz z tematu do tematu, piękne opisy. Naprawdę niecierpliwie czekam na kolejny rozdział!
OdpowiedzUsuńWeny <3
to jest cudowne *_*
OdpowiedzUsuńz rozdział na rozdział coraz lepiej !! kocham to <3
OdpowiedzUsuńNiestety, mi się nie podoba.
OdpowiedzUsuńTo nie czytaj ; D
UsuńNikt Cię do tego nie zmusza ;**
Świetny rozdział <3 Czekam na kolejny :D
OdpowiedzUsuńSzpileczka :*
Łoooooooooooooooooooooooooooo! < 333333333333333333333333333333333333
OdpowiedzUsuńMega :3
Bardzo spodobał mi się twój blog, dlatego postanowiłam nominować go do Liebster Blog Award na moim: http://naekranachwpanem.blogspot.com/ :)
OdpowiedzUsuń